czwartek, 5 maja 2016

"Flawia de Luce. Zatrute ciasteczko" Alan Bradley

Flawia z pozoru jest najzwyklejszą 11-letnią dziewczynką. Pomijając oczywiście to, że jej największą pasją jest chemia, a ulubionym zajęciem jest tworzenie trucizn.
 Dziewczynka posiada również nieco dziwną rodzinę; jej mama zginęła w wypadku samolotowym, tata nie wychodzi ze swojego pokoju całymi dniami zajmując się znaczkami, a dwie starsze siostry- Ofelia i Dafne nieustannie utrudniają jej życie.
 Kiedy pewnego dnia Flawia podsłuchuje nocną kłótnię taty z człowiekiem, którego nigdy wcześniej nie widziała, a później znajduje obcego martwego na grządce ogórków całe jej dotychczasowe życie się zmienia. Dziewczynka najpierw wzywa służby policji, a następnie sama wszczyna śledztwo. Jak się okazuje, bardzo skutecznie...

 Jak sami mogliście się przekonać, bardzo trudno jest mi cokolwiek napisać o tej książce unikając spoilerów. Dlatego właśnie streszczenie fabuły jest tak krótkie, gdybym spróbowała napisać coś jeszcze, to z pewnością zdradziłabym zbyt wiele!
 Książka Alana Bradleya przeleżała na mojej półce rok, za nim po nią sięgnęłam. Podchodziłam do niej kilka razy, ale zawsze kończyło się tak samo: na pięćdziesiątej stronie przestawałam czytać. Tym razem jednak postanowiłam, że nie odłożę jej na półkę dopóki nie przekonam się jakie jest zakończenie "Zatrutego ciasteczka". I słusznie postąpiłam!
 Nie da się ukryć, że Alan Bradley ma niesamowity talent i wyczucie. W żadnym momencie tej książki się nie nudziłam, czego z początku się obawiałam.

" Oprócz posiadania duszy, parzenie herbaty jest jedyną rzeczą, jaka rożni nas od małp naczelnych."


 Intryga przedstawiona przez autora jest bardzo złożona i właściwie trudno dociec prawdy przed zakończeniem książki. Porusza również temat z jakim nigdy wcześniej się nie spotkałam: filatelistyka, czyli kolekcjonowanie znaczków. Nie ukrywam, że nie potrafię zrozumieć osób, które zbierają znaczki i "oddają im" swoje życie, tak jak ojciec Flawii, ale w końcu każdy ma swoje hobby! ;) Podobało mi się też to, że akcja książki nie dzieje się w teraźniejszości, a w latach pięćdziesiątych, dzięki czemu możemy przenieść się do przeszłości, chociaż, przyznam miałam czasem takie odruchy "Dlaczego ona tego nie sprawdzi w Internecie?!" i dopiero po chwili przypominałam sobie, że jeszcze wtedy Internetu nie było :D
  Do kupienia "Flawii de Luce" zachęcił mnie jej tytuł. A właściwie podtytuł; "Zatrute ciasteczko". Kocham ciasteczka więc nie mogłam przejść obojętnie obok książki z takim tytułem ;D
Podsumowując, "Flawia de Luce" jest wyśmienitym kryminałem, któremu zdecydowanie warto poświęcić kilka godzin!





6 komentarzy:

  1. Książka raczej nie w moim guście, sczkolwiek recenzja bardzo ciekawa:) buźka:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka baaardzo zachęca do czytania i chyba to uczynię. Gdy tylko w moim biednym czytelniczym portfelu znajdzie się jakiś grosik, to z pewnością rozejrzę się za tą książką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;D Mam nadzieję, że to nastapi jak najszybciej! :D

      Usuń
  3. Od dawna miałam gdzieś z tyłu głowy tytuł i okładkę, dzięki za przypomnienie. Książka wydaje się jak najbardziej godna uwagi i w zasadzie ma w sobie dokładnie to, czego po takiej powieści bym oczekiwała. No śmiało, kogo nie przekonuje sporządzająca trucizny 11-latka?! Jeżeli całość jest tak klimatyczna jak sugeruje opis, to kolejny must-read dla mnie.
    Pozdrawiam :)
    www.bookish-galaxy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się co do słowa! :D I, tak, całość jest utrzymana własnie w takich kilmatach jak opis <3

      Usuń