wtorek, 7 listopada 2017

„Spirit Animals. Upadek Bestii. Powrót” Varian Johnson

„Spirit Animals. Upadek Bestii. Powrót” Varian Johnson
W Erdas dzieje się coraz gorzej. Choroba zwana Wyrmem rozprzestrzenia się, Zerif staje się coraz potężniejszy, a tajemnicze stowarzyszenie, którego członkowie noszą szkarłatne płaszcze i białe maski bez wyrazu zaczynają działać, ale nie opowiadają się ani po stronie Zielonych Płaszczy, ani po stronie Zerifa. Abeke, Meilin, Rollan i Conor powoli zaczynają tracić nadzieję na uratowanie Erdas przed wszechogarniającym złem.

  „Lepiej umrzeć jak bohaterka, niż żyć jak tchórz”
 
 Jeżeli śledzicie mojego bloga od dłuższego czasu, to zapewne wiecie, że jestem zagorzałą fanką serii „Spirit Animals”. Uwielbiam świat, który został w tej serii wykreowany, uwielbiam bohaterów, uwielbiam naprawdę zaskakujące zwroty akcji. O tym jak podobały mi się wcześniejsze tomy możecie przeczytać tutaj, tutaj, tutaj, a także tutaj. Dziś jednak skupimy się na „Powrocie”, na którego wydanie czekałam bardzo, bardzo, bardzo długo.
 Po zakończeniu wcześniejszego tomu byłam osłupiała. Victoria Schwab zakończyła tamtą część w sposób niewyobrażalny, pozostawiła bohaterów w sytuacji właściwie bez wyjścia. Nie miałam pojęcia jak i czy w ogóle oni z tej sytuacji wyjdą, dlatego początek tego tomu mnie zaskoczył. A wiecie co jest najgorsze? Zakończenie „Powrotu”. Myślałam, że skoro „Spalona Ziemia” zakończyła się takim cliffhangerem, to „Powrót” dla odmiany ostatni rozdział będzie miał spokojny. Nic z tego! Cliffhanger w tym wypadku jest jeszcze gorszy! Bohaterowie tkwią w tak totalnym bagnie, że aż mi brakuje słów. No i teraz czekam z jeszcze większą niecierpliwością na kontynuację!
 Z każdym kolejnym tomem poznajemy coraz lepiej bohaterów i niesamowicie mi się to podoba! Z biegiem akcji zagłębiamy się w psychikę , sposób postępowania i myślenia nie tylko bohaterów pierwszoplanowych, ale tych drugo- i trzecioplanowych również! W rzadko jakim cyklu postacie są tak dokładnie i szczegółowo stworzone. Tę samą sytuację mamy ze światem Erdas. Autorzy bardzo skupili się na dobrym wykreowaniu świata, w którym bohaterowie żyją. I chwała im za to, bo w tej chwili powszechną sytuacją jest, że uniwersum opisywane jest naprawdę powierzchownie!
 Nawet nie wiecie, jaką ulgę odczułam kiedy rozpoczęłam lekturę „Powrotu”! Tak przyjemnie było znów znaleźć się w towarzystwie Rollana, Meilin, Conora i Abeke i ich zwierzoduchów! W tej chwili najchętniej przeczytałabym całą serię od początku, byleby być dłużej w Erdas ;)
 W recenzji „Wszechdrzewa” wspominałam o wątku romantycznym, który Marie Lu bardzo rozwinęła. Niestety, od tamtej pory sytuacja stoi w miejscu (albo nawet się cofa) i ogromnie mnie to niepokoi! Mam nadzieję, że sprawy pod tym względem wkrótce się poprawią, bo kibicuję tej dwójce z całego serca!
 I na koniec już chyba tradycyjnie, muszę wspomnieć o okładkach. One są takie cudowne! Mówię to z czystym sercem, „Spirit Animals” to chyba najśliczniej wydana seria jaką kiedykolwiek miałam w rękach.

Tak więc, to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że recenzja Wam się spodobała i że zachęciłam Was do przeczytania tej powieści (naprawdę warto!). Do napisania!

A za możliwość przeczytania tak świetnej książki z całego serca dziękuję Wydawnictwu Wilga!


Na zakończenie zapraszam do obejrzenia krótkiego trailera cyklu „Spirit Animals” ;)
 

piątek, 3 listopada 2017

„Niepowszedni. Porwanie” Justyna Drzewicka

„Niepowszedni. Porwanie” Justyna Drzewicka
W Cesarstwie Gospar miano Niepowszednich nadaje się ludziom, którzy posiadają pewne szczególne umiejętności, takie jak oddychanie pod wodą, czy porozumiewanie się ze zwierzętami. Nila i Alla są Niepowszednimi siostrami. Nila, starsza siostra jest Żniwiarką, potrafi uzdrawiać i uśmiercać innych tylko za pomocą dotyku, a Alla - Bestiarka doskonale rozumie się ze zwierzętami. Pewnego pechowego dnia dziewczynki zostają porwane przez handlarzy Niepowszednimi i  nie mogą liczyć na niczyją pomoc. W wozie handlarzy zaprzyjaźniają się z trójką innych porwanych dzieci: Samborem, Dalko i Wodniczką. Razem starają się zrobić wszystko, aby nie zostać sprzedanym na targu, do którego niepokojąco szybko się zbliżają. Weles, przywódca handlarzy, jest jednak bardzo przebiegły i nie zamierza narazić siebie na jakiekolwiek straty. Jak potoczą się losy młodych przerażonych Niepowszednich?

„Rozum bywa groźniejszy niż miecz”

Zapewne znacie stereotyp krążący wśród książkoholików, jakoby to co napisane przez Polaka nie może być dobre. Justyna Drzewicka udowadnia, że to absolutna nieprawda! „Niepowszedni. Porwanie” to naprawdę bardzo, bardzo udany debiut i, szczerze mówiąc, nigdy bym nie pomyślała, że jest to pierwsza książka Justyny Drzewickiej. Widać, że cała powieść jest porządnie zaplanowana i przemyślana, nie znajdziecie w niej właściwie żadnych błędów logicznych.
 Jeżeli chodzi o bohaterów, to ogromnie podobało mi się, że każdy z nich zachowywał się adekwatnie do swojego wieku, nie byli ani nierealnie dojrzali, ani denerwująco dziecinni, jak to często się zdarza. Moją szczerą sympatię zyskał Dalko, oraz Flawia, ta dwójką jest wspaniała! Na uznanie zasługuje również realizm wykreowanych postaci. Każdy bohater był bardzo prawdziwy, do tego stopnia, że aż miałam wrażenie, że oni stoją tuż obok mnie i zaraz zaczną ze mną rozmawiać! Tej plastyczności z pewnością dodawały charakterystyczne dla każdej postaci słowa, przykładowo Dalko nadmiernie powtarzał „szlag” oraz „no”. 
 Bardzo podobał mi się też język użyty w tej książce. On nie był taki zwyczajny, raczej nazwałabym go lekko stylizowanym na średniowieczny, co chwilę pojawiały się słowa, które każdy zna, ale nikt ich nie używa, ponieważ są już przestarzałe. To nadawało jeszcze bardziej klimatu powieści i sprawiało, że naprawdę miałam wrażenie jakbym stała tuż obok bohaterów. 
 Niestety, pośród tych wszystkich zalet znalazła się pewna wada. Jest nią oczywiście wątek romantyczny. On jako jedyny był taki sztuczny, zupełnie mi nie odpowiadał. Potoczył się zdecydowanie zbyt szybko i przez to jakoś go nie czułam, naprawdę on mi się nie podoba! Na szczęście w drugiej części jest dużo lepiej, ale w tej to mimo wszystko porażka na niemal całej linii.
 Myślę, że „Niepowszedni. Porwanie” to naprawdę idealna lektura na jesień. Wystarczy zakopać się pod grubą kołdrą z kubkiem herbaty w jednej ręce, świeczką zapachową obok i właśnie tą książką w ręce drugiej i wieczór natychmiast staje się dokonały!

To już wszystko na dziś, mam nadzieję, że moja recenzja Wam się spodobała i że przynajmniej w jakimś stopni zachęciłam Was do przeczytania tej książki. Do napisania!

A za możliwość przeczytania tej książki bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!
 P.S. Znalazłam też na YouTubie krótki trailer tej książki. Na wszelki wypadek, gdybyście chcieli go zobaczyć, to zostawiam Wam go poniżej ;)

niedziela, 22 października 2017

„Podtrzymując wszechświat” Jennifer Niven

„Podtrzymując wszechświat” Jennifer Niven
Libby, to dziewczyna, do której niegdyś należało miano najgrubszej nastolatki w całej Ameryce. Świat dowiedział się o niej poprzez akcję ratunkową podczas której została zburzona połowa domu, aby wyciągnąć ją z łóżka. Za pomocą dźwigu. Z kolei Jack jest bardzo popularną i lubianą osobą, ale cierpi na prozopagnozję, o której nikt poza nim nie wie. Chłopak nie jest w stanie zapamiętać żadnej twarzy, nawet własnej mamy, czy dziewczyny.  Libby po roku intensywnych ćwiczeń i restrykcyjnej diety schudła ponad 137 kilogramów i chce nareszcie powrócić do szkoły. Jack coraz bardziej się we wszystkim gubi, nie ufa nikomu, nawet najbliższej rodzinie. Pewnego dnia te dwie zupełnie różne osoby spotykają się w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Czy z tego spotkania może wyniknąć coś poza wzajemną niechęcią?


„Nikt mnie już nie powstrzyma. Nikt nie powinien mi mówić, co mam, albo czego nie mam robić. Tobie też nie.”

Kiedy zaczynałam tę książkę nie bardzo wiedziałam czego mam się spodziewać, ponieważ nigdy nie czytałam żadnej powieści Jennifer Niven. I nigdy w życiu nie pomyślałabym, że ona pisze tak mądre, cudowne i życiowe książki! Tak, „Podtrzymując wszechświat” jest cudowne i absolutnie wspaniałe, aktualnie jej powieść ma we władaniu spory kawałek mojego serca. 
 Miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że Libby, mimo że była gruba, to nie miała żadnych kompleksów! Nie uwierzycie, jak bardzo ta dziewczyna była pewna siebie i jak dobrze czuła się we własnym ciele. Naprawdę bardzo mi tym zaimponowała i po prostu dodała otuchy. Jack jest, przynajmniej dla mnie, mniej wyrazisty, podobało mi się, że potrafił wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli było zupełnie odmienne od zdania innych, stawał też w obronie słabszych i nie myślał o tym, że przez to może spaść w drabinie społecznej. 

„Dlaczego, to ile ważę, tak działa na innych ludzi? Przecież na nich nie siadam, więc nie powinno ich to obchodzić, prawda?”
 
 Pomimo że „Podtrzymując wszechświat” porusza bardzo trudne i poważne tematy, czyta się ją szybko, wręcz połyka. To jest dokładnie ten typ książki, dla której wstaje się o 3 rano, albo wcale się nie zasypia. A po zakończeniu powieści tęskni się za nią całymi miesiącami, wraca do fragmentów i płacze, że już się skończyła. Kocham Jennifer za to, że napisała „Podtrzymując wszechświat”!     
 Naprawdę niezwykły jest przekaz tej książki, który można odczytać bardzo wyraźnie: Jesteś chciany, bez względu na to, jak wyglądasz. Cudowny, chyba sami przyznacie? Cała powieść bardzo podbudowuje psychicznie, może nawet trochę podwyższa samoocenę. To naprawdę idealna lektura dla wszystkich wątpiących w siebie i potrzebujących pomocy. 

„Jesteście chciani. Czy jesteście duzi, czy mali, niscy, czy wysocy, zwykli, czy śliczni, towarzyscy, czy nieśmiali. Nie pozwólcie, żeby ktokolwiek wmawiał wam, że jest inaczej. I sami tego tez nie róbcie. Zwłaszcza nie róbcie tego sami.”
 
 Kiedy myślałam o tym, jakimi słowami można by opisać „Podtrzymując wszechświat”, to przyszły mi do głowy dwa wyjątkowo trafne. Wyrozumiałą i magnetyzująca. Mam wrażenie, że te dwa przymiotniki są kwintesencją całej powieści. Nie żartuję. 
 Bardzo podoba mi się również sam tytuł (i okładka!), jest tak niesamowicie adekwatny do tej książki! 
„Podtrzymując wszechświat” tak bardzo uderza w serce, że pod koniec siedziałam z otwartymi ustami i zapłakanymi oczami, w jednej drżącej ze wzruszenia ręce trzymałam książkę, a w drugiej chusteczkę. Nie mam pojęcia, dlaczego ta powieść w ten sposób na mnie zadziałała, bo nie jestem osobą, która łatwo się wzrusza. Cóż, ta książka jest po prostu prawdziwa, pokazuje ludzi takimi jakimi są w rzeczywistości, niczego nie próbuje zatuszować. Dziękuję, z całego serca dziękuję Jennifer, że napisała tę historię, zmieniła tak dużo w moim życiu! Kocham „Podtrzymując wszechświat”. Najzwyczajniej w świecie kocham. 

Tak wiec, to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że recenzja Wam się spodobała, bo ja włożyłam w nią całe swoje serce! :) Jeżeli chcielibyście przeczytać darmowy fragment tej kochanej książki, to znajdziecie go tutaj. Do napisania!

A za możliwość przeczytania tej wzruszającej powieści dziękuję wydawnictwu Bukowy Las

niedziela, 17 września 2017

[BOOK TOUR] „Bez serca” Marissa Meyer

[BOOK TOUR] „Bez serca” Marissa Meyer
Catherine to całkiem zwyczajna mieszkanka Kier. Oczywiście, nie biorąc pod uwagę tego, że jest niesamowicie utalentowaną kucharką (specjalizującą się w ciastach), córką Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej i wybranką serca samego Króla. Kłopot tylko w tym, że Król jest starszym, ale dziwnie zdziecinniałym człowiekiem, a Cath wcale nie jest zainteresowana związkiem z nim. Dziewczyna marzy raczej o założeniu najwspanialszej cukierni w mieście i bliższym poznaniu nowego, tajemniczego nadwornego błazna. Niestety, o niczym takim nie chcą słyszeć surowi rodzice Cath, którzy już planują jej ślub z Królem. Życie Catherine z dnia na dzień komplikuje się jeszcze bardziej, bowiem do Kier przybywa Dżabbersmok, niebezpieczny potwór znany tylko z legend.
 Każdy z Was zna „Alicję w Karinie Czarów”, prawda? I pamiętacie też zapewne szaloną i okrutną Królową Kier, przed którą wszyscy drżą ze strachu. Catherine to Królowa Kier. Posłuchajcie jej historii, a może zrozumiecie, dlaczego tak bardzo się zmieniła.

„Celem jest DOSKONAŁOŚĆ”

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam wielką fanką „Alicji w Krainie Czarów”. Cały świat wykreowany przez Lewisa Carrolla wydawał mi się zbyt absurdalny, a Alicja nie potrafiła sobie zjednać mojej sympatii. Jednak kiedy usłyszałam o „Bez serca”, to natychmiast zapragnęłam tę powieść  przeczytać, nie tylko ze względu na śliczną okładkę ;)
Nie będzie chyba przesadą, jeśli stwierdzę, że sam pomysł Merissy Meyer jest genialny. Od samego początku byłam ciekawa spojrzenia autorki na przeszłość Królowej Kier, które, nawiasem mówiąc, jest bardzo ciekawe. Przez właściwie większość książki mamy do czynienia z czymś na wzór konfliktu tragicznego. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze uważałam ten motyw za intrygujący!
 Jeżeli chodzi o styl pisania Meyer, to jest on bardzo lekki, dzięki czemu książkę czyta się po prostu przyjemnie. „Bez serca” to taka idealna lektura na niezbyt zapracowany weekend.
Okropnym, a jednocześnie cudownym elementem tej powieści było hobby Cath. Kiedy już na pierwszej stronie przeczytałam niesamowity opis tart cytrynowych upieczonych przez Catherine, myślałam, że zzielenieję z zazdrości. Na szczęście, im bardziej zagłębialiśmy się w fabułę, tym mniej takich opisów było, ale i tak w trakcie czytania warto jest mieć pod ręką parę smakołyków!
 Niestety, wątek z Dżabbersmokiem był bardzo przewidywalny i niemal natychmiast po jego wprowadzeniu wiedziałam jakie będzie rozwiązanie. Niemniej jednak, wprowadzenie tego potwora do książki było naprawdę dobrym zabiegiem, nadało powieści wartkości i urozmaicało miłosne rozterki Cath.
 Nie ma co ukrywać, książka niemal w całości bardzo przypadła mi do gustu. Jeszcze o tym nie pisałam, ale polubiłam Figla (błazna), Catherine i Kota z Cheshire, który również w tej książce wystąpił. Jedynie przyjaciółka głównej bohaterki mnie irytowała, co za ulga, że odgrywała małą rolę! Nie wiem czy dobrze to o mnie świadczy, lecz myślę, że gdybym przeszła to samo co Catherine, to podobnie jak ona, stałabym się zimną, bezlitosną osobą. Podjęłabym prawdopodobnie te same decyzje co ona, więc może trzymajmy kciuki, żeby nic takiego mnie nie spotkało ;)

Podsumowując, szczerze mogę polecić Wam „Bez serca”, nawet jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami „Alicji w Krainie Czarów”. Jeżeli w najbliższym czasie obejrzę lub przeczytam książkę Carrolla, to z całą pewnością w inny sposób spojrzę na Królową Kier. Do napisania!

P.S. Zastanawia mnie tylko, dlaczego w opisie powieści jest napisane, że „ dziewczyna poznaje Jesta, przystojnego i tajemniczego błazna”, ponieważ żadne takie imię odnośnie do Figla nie pada. Chyba, że to ja coś przeoczyłam.

A za możliwość przeczytania „Bez serca” oraz organizację Book Tour dziękuję Darii

sobota, 9 września 2017

Okiem blogerów: 6 ksiażek z motywem szkoły

Okiem blogerów: 6 ksiażek z motywem szkoły
Uff... Pierwszy tydzień szkoły za nami! Przyzwyczailiście się już do wczesnego wstawania, ciągłego stresu i znoszenia docinków nauczycieli? Ja też jeszcze nie. Ale dziś przychodzę do Was z postem, który, mam nadzieję,  pomoże Wam przyzwyczaić się do szkolnej rutyny. Poprosiłam kilku blogerów, aby napisali parę zdań o książce, w której dużą rolę odgrywa szkoła i oto efekty ich pracy!

1. Zaczytana Weni z bloga Zaczytana Weni

Moja propozycja to „Gril Online” autorstwa Zoe Sugg. Książka opowiada o typowej nastolatce, która jest blogerką. W szkole ma zarówno przyjaciół, jaki i rywalki. Jak zawsze wszystko się komplikuje, gdy na scenę wchodzi przystojny chłopak, a jeżeli dodatkowo jest sławny, to już w ogóle hit murowany :) Jest to lektura przeciętnej objętości i idealna do poczytania po szkole. W końcu nie samą nauką człowiek żyje :)


 Zdjęcie autorki bloga „Sklerotyczka”

2. Magdalena z bloga Czytam w pociągu
Nastał wrzesień, a z nim jesień i... powrót do szkoły! Już widzę te gromadki uczniów żwawo idące do szkoły z uśmiechem na ustach. W tym miejscu chciałabym pozdrowić serdecznie studentów, którzy tak jak ja mają jeszcze miesiąc wolnego!

Zostałam poproszona o krótką opowieść o książce, w której występuje szkoła. Ileż ja miałam z tym problemu! Owszem, znam powieści, w których bohaterowie chodzą do szkoły średniej, ale są to wątki bardzo poboczne. I nagle mnie oświeciło! Jest taka seria, w której szkoła zajmuje pierwsze miejsce... Jednakże ta placówka bardzo się różni od naszych polskich szkół. Nie tylko wyglądem i zasadami w niej panującymi, ale też przedmiotami. Transmutacja. Obrona przed czarną magią, Zaklęcia i uroki, Eliksiry, Astronomia - to tylko nieliczne z umiejętności, które uczniowie tejże szkoły nabywają na zajęciach. Mimo że mundurki są tutaj obowiązkowe, to każdy nosi je z dumą. Składa się on z długiej, białej koszuli z kołnierzykami i długimi rękawami, krawatu w barwach domu, do którego należy uczeń, szarego sweterka, czarnych spodni dla chłopców i czarnej spódnicy do kolan z podkolanówkami dla pań. Do kompletu jest też peleryna z odznaką domu o podszewce w kolorze adekwatnym do domu. 
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie to brytyjska szkoła z internatem kształtująca przyszłych czarodziejów, mieszcząca się w zamku Hogwart, położona gdzieś w Szkocji. Jednakże nie każdy może do niej dołączyć! Dzieci z magicznymi umiejętnościami są zapisywane do szkoły przez magiczne pióro jeszcze przed urodzeniem, ale są o tym informowane dopiero w wieku jedenastu lat - zazwyczaj listem przyniesionym przez sowę. Następnie Tiara Przydziału przydziela dzieci do jednego z czterech domów - Gryffindoru, Hufflepuffu, Ravenclawu lub Slytherinu. Za dobre zachowanie są nagradzani punktami, które za przewinienia są odejmowane. Warto o nie walczyć, bowiem pod koniec roku dom z największą liczbą punktów otrzymuje Puchar Domów.
Na zwrócenie uwagi z pewnością zasługują też przyznawane oceny! Jest to kolejna różnica pomiędzy czarodziejską szkołą, a naszą. Stopnie nie składają się z cyfr, a literek! I tak W oznacza Wybitny, P - poniżej oczekiwań, Z - zadowalający, N - nędzny, O - okropny i T - troll. Wiecie już z jakiej książki to szkoła? Tak! To „Harry Potter” :) Zagadka była wybitnie łatwa.

„Życie to szkoła, w której każdy uczy się innej lekcji”~ William Seward Burroughs 

Książka z motywem szkoły, którą chciałabym Wam polecić to stworzone na podstawie kasowego filmu dzieło Nancy H. Kleinbaum „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Przedstawiony został w nim obraz rygorystycznej Akademii, która w dość rygorystyczny sposób kształci swoich uczniów na prawych obywateli zgodnie z czterema zasadami: „Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość”. W szkole tej etat nauczyciela literatury obejmuje charyzmatyczny John Keating. Sprzeciwia się on panującemu w szkole modelowi edukacji i chce wychować swoich uczniów przede wszystkim na ludzi kreatywnych i myślących. Dzięki swojemu nauczycielowi, młodzi poznają i zachwycają się literaturą, zaczynają samodzielnie myśleć i kwestionować to, co do tej pory wydawało im się jedyną słuszną drogą. W mojej opinii „Stowarzyszenie umarłych poetów” to książka, którą obowiązkowo powinni przeczytać wszyscy nauczyciele! Każe im skonfrontować to, jak wygląda system edukacji z tym, czego naprawdę powinni nauczać młodych ludzi. Inspiruje do tego, by nie być tylko znienawidzonym belfrem, ale mistrzem, który zabiera swoich wychowanką w prawdziwą intelektualną podróż. Wskazuje, ze na ucznia trzeba patrzeć nie tylko jak na maszynkę do uczenia, ale także jak na człowieka, który ma swoje problemy, swoją wrażliwość, swoją osobowość. Książkę tę powinni przeczytać również uczniowie - mam nadzieję, że natchnie ich do tego, by poszukiwali własnej drogi, nie bali się być twórczy, kreatywni i myślący! Może wybranie tej książki do takiego zestawienia jest nieco przewrotne, jednak przekazuje to, co każdy uczeń powinien wiedzieć: szkoła i wyniki w nauce nie są miernikiem naszego życiowego sukcesu, nie powinniśmy dopasowywać się do przyjętych norm, lecz kroczyć własną drogą i mobilizować się do spełnienia marzeń!


„Szkoła był miejscem przyjaznym dla rozkrzyczanych, narzekających i lekkomyślnych”~ Dorota Terakowska

4. Sklerotyczka z bloga Sklerotyczka 
Długo zastanawiałam się jaką książkę wybrać z motywem szkolnym, ale wybór padł na „Nie zabierajcie mi dziecka". Nie bez powodu ta książka, opowiada o nastolatce, która jest w ciąży. Podczas całej tej sytuacji uczęszcza do szkoły, imprezuje i korzysta z życia. Brakuje jej kopa do ogarnięcia się totalnie. Jill siedemnastolatka będąca w związku z młodym chłopcem, „wyrzucona” z domu, do tego towarzystwo niezbyt ciekawe. Cała akcja toczy się w Anglii, tam takie przypadki są na porządku dziennym, ale czy warto brać przykład z niej? Hm nie mnie oceniać, bywają wpadki... Ale nie każda kończy się szczęśliwym zakończeniem, w wypadku Jill takim kopem motywacyjnym jest jej córka i pobyt w szkole zamkniętej gdzie kontynuuje naukę oraz opiekuje się córką. Dopiero zaczyna do niej trafiać, co się dzieje, otrząsa się z całego „zamieszania” gdy jej koleżanka traci dziecko. Z tej książki wyniesiesz wiele rzeczy, prócz tego, że złapie cię za serce, dostrzeżesz rzeczy istotne takie jak szkoła oraz rodzina, bo to są ważne wartości w życiu. A towarzystwo, jakie cię otacza zawsze znajdzie się inne, bardziej odpowiednie.

Zdjęcie autorki bloga „Sklerotyczka”


5. Poppapraniec z bloga Poppapraniec
 Początek roku szkolnego zwykle należy do silnych przeżyć, tym bardziej, jeśli z pierwszym września (w tym roku wyjątkowo inaczej) zaczyna się nową szkołę. Do podczytywania na lekcjach lub przerwach najlepiej wybrać coś niegrubego. Poppaprańcowi najlepszym wyborem wydaje się „Klasa pani Czajki” autorstwa Małgorzaty Karoliny Piekarskiej – powieść lekka jeśli chodzi o wagę i tematykę. Czytelnik śledzi życie pewnej warszawskiej klasy gimnazjum. Jest miejsce na sytuacje zabawne i smutne, z przewagą jednak dobrego humoru. Poppapraniec musi przyznać, że nie zauważył momentu, w którym powieść wciągnęła go tak bardzo, iż nie mógł oderwać się od niej nawet na krótką chwilę. Wszystko dlatego, że historia opisana jest prostym językiem, okraszona wspaniałym humorem. Szkolne perypetie rozgrywające się na przestrzeni trzech lat silnie działają na emocje czytelnika, tym bardziej, że klasa pani Czajki to grupa ludzi, w której każdy z nas odnajdzie siebie i szybko dopasuje osoby ze swojego otoczenia do innych postaci. Dobrze jest szkołę zacząć pozytywnym akcentem, a najlepiej wpłynie na to lektura „Klasy pani Czajki”.


„Z chodzeniem do liceum jest trochę tak, jak gdyby ktoś kazał ci każdego ranka wstać, rozpędzić się do stu kilometrów na godzinę, a potem po raz kolejny uderzyć głową w mur”~ Jodi Picoult i Samantha Van Leer

6. A na koniec moja propozycja
Mimo że książek z motywem szkoły jest całkiem sporo, to zawsze kiedy myślę „szkoła”, mojej głowie pojawia się „Teatr odtrąconych poetów”. Sam - główna bohaterka, to tylko pozornie zwyczajna nastolatka. W rzeczywistości cierpi na zaawansowaną nerwice natręctw, o której wie tylko jej najbliższa rodzina i psychiatra. Samantha, bo tylko takiego imienia używają jej przyjaciółki, jest popularna w swoim liceum. Należy do paczki pięciu dziewczyn, które bezwstydnie krytykują i poniżają innych. Ale Sam nigdy nie chciała taka być. Dlatego, po długich namowach psychiatry, zaczyna odchodzić od bezlitosnych przyjaciółek i wkracza do teatru odtrąconych poetów, niesamowitego miejsca, w którym każdy każdego szanuje.
„Teatr odtrąconych poetów” to niezwykła powieść traktująca o samotności wśród rówieśników, odrzuceniu i niezrozumieniu. W tej książce nie znajdziecie zbyt wiele humoru, został zastąpiony mądrymi wierszami i druzgoczącym zakończeniem. Przyznam, że płakałam czytając tę książkę. Jest boleśnie prawdziwa, wyjątkowa i bardzo magnetyzująca. Zasługuje na wszelkie pozytywne słowa, jakie tylko człowiek poznał. Uwielbiam całym sercem „Teatr odtrąconych poetów” i mam szczerą nadzieję, że chociaż troszkę zachęciłam Was do sięgnięcia po nią.  

To już wszystko na dziś! Bardzo, bardzo dziękuję blogerom za poświęcenie czasu i napisanie dla Was o książce z motywem szkoły! Dziękuję! <3 Dodatkowe podziękowania należą się Sklerotyczce, ponieważ to jej śliczne zdjęcia możecie podziwiać w tym poście. Do napisania!

P.S. Zwyczajowo już zostawiam Wam link do fanpage.  

czwartek, 17 sierpnia 2017

Tea Book Tag

Tea Book Tag
Hej ;) Dziś zapraszam Was na nieco luźniejszy post, czyli Tea Book Tag.


1. Czarna herbata, czyli mój ulubiony klasyk.

Muszę przyznać, że mam całą masę ulubionych klasyków i nie potrafię wybrać tego najlepszego. Ubóstwiam „Władce pierścieni” i „Hobbita” Tolkiena, bardzo lubię „Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza, z przyjemnością zaczytuję się w Szekspirze, przepadam za „Małą Księżniczką”, „Tajemniczym ogrodem”, „Robinsonem Crusoe”, „Opowieścią wigilijną”, „Opowieściami z Narnii” i „Muminkami”. I prawie zapomniałabym o cudownej „Ani z Zielonego Wzgórza”! <3

2. Zielona herbata, czyli książka tak nudna, że przy jej czytaniu zasnęłam.

W roku szkolnym zasypiam praktycznie przy każdej książce, ale to wynika raczej z przemęczania, a nie z nudy. Hmm... Tutaj chyba najbardziej pasuje „Ars Dragonia”, o której już kilka razy wspominałam. Ta książka zapowiadała się świetnie i bardzo tajemniczo, a to co w środku się kryło było po prostu beznadziejne. Nie wiem w jaki sposób, ale Joanna Jodełka wszystko pomieszała i jakoś w połowie powieści nie wiedziałam już, co właściwie czytam. Zdania nie miały żadnego sensu i co chwilę zasypiałam. „Ars Dragonia” to totalna porażka i zdecydowanie Was przed nią ostrzegam!

3. Czerwona herbata pu-ehr, czyli książka, w której bohaterowie ciągle się przemieszczają.

Właściwie to do tej kategorii pasuje każda książka fantasy. Postawię jednak na nacudowniejszych „Pozaświatowców”, ponieważ tam bohaterowie w żadnym miejscu nie zatrzymują się dłużej niż na dwa dni. 

4. Herbata oolong, czyli książka, której poświęca się zbyt mało uwagi.

Ojeju, takich książek jest przerażająco wiele! Swoją drogą, planuję zrobić post (a nawet kilka) o książkach zapomnianych i nie czytanych, pomimo że są są genialne i niczym nie ustępują tym popularnym. Bylibyście zainteresowani? Wracając jednak do pytania, ostatnio recenzowałam „BZRK” Michaela Granta (recenzja) i ta książka jest tak dobra, ale to TAK DOBRA, że aż nie mam słów. A mało kto ją czytał :( No i oczywiście „Pozaświatowcy”, moja ukochana trylogia. Genialnie napisana, ale co z tego skoro prawie nikt jej nie czytał...

5. Biała herbata, czyli książka niezasłużenie popularna.

No nie, znów mogłabym zasypać Was tytułami! Znienawidzone przeze mnie „Igrzyska śmierci”, ostatnio przeczytane „Myszy i ludzie”, „Do trzech razy śmierć”, „Król Kruków”, twórczość Sarah J. Maas i ostatnia nowość „Piękne złamane serca”. Nie wszystkie z nich były tak zupełnie złe, większość jest zwyczajnie pospolita i niczym się nie wyróżniająca.

6. Herbata yerba mate, czyli książka przy której trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, aby akcja się rozwinęła. 

Nie do końca jest to odpowiedź na to pytanie, ale „Głębia Challengera”. Bardzo trudno czytało mi się tę powieść, była dziwna, chaotyczna i poplątana. Przez 3/4 książki nie byłam w stanie przeczytać więcej niż 10 stron na raz. Czułam się przytłoczona emocjami i odczuciami Cadena, głównego bohatera. Mimo wszystko polecam tę książkę, tylko ostrzegam, że porusza trudną tematykę i nie czyta się jej łatwo.

7. Herbata ziołowa, czyli książka, którą czytano mi na dobranoc, gdy byłam mała. 

Rodzice czytali mi całkiem sporo książek, jednak najbardziej lubiłam „Opowiadania z piaskownicy” Renaty Piątkowskiej. Do tej pory potrafię streścić większość opowiadań z tej książki! ;)

8. Herbata owocowa, czyli moja ulubiona lekka książka.

Oooch... Mam 3 takie książki, mogę o wszystkich wspomnieć? Na pierwszy ogień niech pójdzie Joss Stirling i jej cudowni bracia Benedictowie. Jak ja uwielbiam Yvesa! <3 Nie znam takich słów, które opisałyby wspaniałość tej trylogii! Zawsze się śmieję, że po przeczytaniu tych książek nie trzeba słodzić herbaty, bo już się jest przesłodzonym ;) Druga - „Chłopak z innej bajki” Kasie West. Znów urocza i bardzo wakacyjna powieść. No i Xander! <3 Na koniec pozostawiłam znaną dylogię Cariny Bartsch, czyli „Lato koloru wiśni” i „Zima koloru turkusu”. Po raz kolejny słodkie, urzekające książki, które bardzo Wam polecam. (Mimo wszystko konkurs słodkości wygrywa Joss Stirling. Ona nie ma sobie równych w tej kategorii!)

9. Iced tea, czyli książka, która zmroziła mi krew w żyłach.  

Myślę, że całkiem dobrze pasuje tu „Aplikacja” Lauren Miller. Książka sama w sobie nie jest straszna, ale zmroziła mi krew w żyłach swoją realnością, wizją świata opętanego przez aplikację na telefon. I seria „Dawca” Lois Lowry również tu pasuje, z tego samego powodu co „Aplikacja”. 

10. Rozlana herbata, czyli kogo taguję! 

Do tej zabawy chciałabym nominować:
Dziewczyny, czekam na Wasze odpowiedzi! :)

 I to już wszystko na dziś! Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten tag w moim wykonaniu. Do napisania!

P.S. Zamierzam nagrać Q&A, więc czekam na Wasze pytania w komentarzach ;) I przypominam Wam o niedawno założonym fanpage, który znajdziecie tutaj. 

niedziela, 13 sierpnia 2017

„BZRK” Michael Grant

„BZRK” Michael Grant
Hej ;) Dziś zapraszam Was na recenzję książki „BZRK” Michaela Granta.
 Noah to prawie normalny nastolatek. Prawie, ponieważ jego brat jest zamknięty w przerażającym zakładzie psychiatrycznym, gdzie na widok jakiegokolwiek człowieka wykrzykuje z furią te same, dziwne słowa: „nano”, „makro” „talib” i „berserk”. Życie Noaha komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spotyka Azjatę, który zaprasza go do wzięcia udziału w podejrzanie niebezpiecznej grze.
 Sadie to córka multimiliardera, najbogatszego człowieka w całej Ameryce. Kiedy jej ojciec, matka i bart giną w spektakularnym wypadku samolotowym, natychmiast zostaje zwerbowana do tajnej organizacji zwanej „BZRK”.
 Losy tej dwójki szybko splatają się ze sobą. Noah i Sadie pracują razem nad ocaleniem świata przed grupą szaleńców, którzy manipulują umysłami przywódców najpotężniejszych państw świata.

„A ja się zakochuję. Mam to w sobie, znaczy, zdolność do zakochania się. Nigdy nie byłem zakochany. Ale czuję to w sobie. Więc raczej się tego spodziewaj.”

 Zacznę entuzjastycznie i od razu napiszę, że „BZRK” jest genialne, absolutnie genialne! Cała książka  obraca się wokół nanotechnologii, serdeczne gratulacje dla Michaela Granta za wpadnięcie na taki pomysł! Oczywiście, nie jest pierwszym pisarzem, który w swojej książce wykorzystywał nanotechnologię, ale jest chyba jednym, który zrobił to z takim rozmachem! Wyobraźcie sobie tylko wojnę globalną, w której wszyscy biorą udział, ale tylko nieliczni o tym wiedzą. Wyobraźcie sobie bitwy toczące się w środku czyjegoś oka, ucha, nosa,czy mózgu. I teraz przyznajcie sami, że brzmi to co najmniej imponująco.
 Nie dość, że sama fabuła jest niepowtarzalna i wyjątkowa, to jeszcze wątek romantyczny jest cudowny i niezbyt nachalny. No i bohaterowie! Już na samym początku pokochałam Noaha, przystojnego, życzliwego, kulturalnego i po prostu słodkiego. Sadie również szybko polubiłam. To dziewczyna naprawdę odważna, lekko sarkastyczna, mająca własny styl i zdanie.
 Ta książka to całościowo cudo, jakie rzadko się spotyka! Michael Grant stworzył coś niepowtarzalnego, zabójczo genialnego, niezwykłego i wyróżniającego się. Wiem, że to zabrzmi nieco dziwnie, ale ta książka nie ma wad, a przynajmniej ja się ich nie doszukałam. „BZRK” to imponujący swoim rozmachem i wciągający bez reszty thriller, który zdecydowanie powinniście przeczytać! I na koniec powiem tylko, że nienawidzę wydawnictwa Amber. „BZRK” to w Ameryce trylogia z dodatkiem. U nas to cudowne wydawnictwo wydało jeden tom. Oczywiście.

To już wszystko na dziś. Żegnam się z Wami ja i moje złamane serce wypełnione wdzięcznością za to, że w ogóle trafiła do mnie ta książka. Do napisania!

P.S. Właśnie założyłam fanpage, więc zapraszam tutaj

sobota, 5 sierpnia 2017

Wakacyjne zdjęcia - Chorwacja

Wakacyjne zdjęcia - Chorwacja
Hej ;) Dziś zapraszam Was na bardzo niecodzienny post, w którym pokażę Wam zdjęcia z mojego wyjazdu do Chorwacji. Większość to zdjęcia krajobrazów, chociaż na niektórych możecie znaleźć moje rodzeństwo :)
















Jadąc małą uliczką napotkaliśmy takie kamienie z cytatami. „Be beautiful inside in your heart”
„You can't love God and hate your brother”
I przy samym wyjeździe tajemnicze „Why did you leave us this way?”


















Zdjęć mam oczywiście więcej, ale wolę Was nimi nie zanudzić. Na koniec chcę jeszcze bardzo serdecznie podziękować Julce za pomoc w stworzeniu logo, nagłówka i szablonu do mojego bloga. Już Ci to pisałam, ale muszę zrobić to jeszcze raz -  jesteś naprawdę wielka. Dziękuję! <3 A jak Wam podoba się nowy wygląd? Tylko proszę o szczere opinie! ;) Do napisania!
Copyright © 2016 Książki to moje paliwo , Blogger