piątek, 24 lutego 2017

„Spirit Animals. Wszechdrzewo” Marie Lu

Hej ;) Dziś zapraszam Was na recenzję książki „Spirit Animals. Wszechdrzewo”. Jest to ostatni tom cyklu Spirit Animals, ale nawet jeżeli nie czytaliście wcześniejszych tomów, to możecie spokojnie czytać tę recenzję, wszystkie spoilery omijam szerokim łukiem!
 Po strasznych wydarzeniach opisanych w wcześniejszym tomie, „Wzlot i Upadek” Zielone Płaszcze próbują się jakoś pozbierać. Przygotowują się do ostatecznej bitwy, która nieuchronnie się zbliża. Pożeracze są coraz bliżej uwolnienia Wilekiego Kovo z najlepiej chronionego więzienia w  Erdas. Całe zgromadzenie Zielonych Płaszczy przyjeżdża do Zielonej Przystani, ich głównej siedziby, aby omówić  wyprawę do Steriolu, miejsca w którym więziony jest Kovo i w którym starcie pomiędzy Pożeraczami a Zielonymi Płaszczami prawdopodobnie się odbędzie. Czwórka przyjaciół: Conor, Abeke, Meilin i Rollan mają świadomość, że to w ich rękach leży przyszłość Erdas. Nie mogą sobie pozwolić na żadne pomyłki, ponieważ cena za najdrobniejszy błąd jest przeogromna: Kovo, Gerathon i Halawir przejmą władzę nad światem.

 „Prawdziwy wojownik jako broni używa przede wszystkim dobroci i pokoju, a po przemoc sięga wyłącznie z miłości, by bronić siebie i innych.”

Uwielbiam tę serię! Każdy tom pisany jest przez innego autora i każdy zaskakuje czymś innym i daje powód, aby uważać, że właśnie ta część jest najlepsza z całego cyklu. Ja oczywiście sądzę, że to część pierwsza jest najlepsza, bo napisał ją w końcu Brandon Mull, ale pozostałe jej niewiele ustępują! Akurat do tej części, ostatniej, podchodziłam z dużym entuzjazmem i sporymi oczekiwaniami, ponieważ Marie Ku znałam z jej trylogii „Legenda”, która bardzo mi się podobała. No i nie zawiodłam się! Książka była dokładnie taka jaka miała być (no dobra, gdyby miała trochę więcej stron to wcale bym się nie obraziła). Było kilka elementów zaskoczenia, były też chwile smutku, a później radości. A zakończenie napełniło mnie dziwnym ciepłem i po jego przeczytaniu nie potrafiłam przestać się uśmiechać ;)
 Następna rzecz, która bardzo mi się spodobała to wątek romantyczny. W poprzednich tomach on się niby rozwijał, ale tak jakby jednak nie, a Marie Lu bardzo szybko i skutecznie doprowadziła ten wątek do punktu, w którym już dawno powinien się znaleźć. Wiem, mówię bardzo okrężnie, ale to dlatego, że naprawdę bardzo łatwo o spoilery! W każdym razie, ja tej parze kibicowałam od samego początku i bardzo mnie cieszy, że w tym tomie trochę bardziej się do siebie zbliżyli.
 Trudno jest też nie wspomnieć o sposobie, w jaki ta seria została wydana. Musicie przyznać, że okładki są prześliczne! W środku książki znajduje się jeszcze dodatkowo mapka (czy jest ktoś kto nie lubi mapek?) i przepiękna wklejka! 
 No i byłabym zapomniała! Po zakończeniu książki wcale nie trzeba opuszczać świata Erdas. Specjalnie dla fanów cyklu „Spirit Animals” została stworzona gra na jego podstawie. Wystarczy wejść na stronę www.spiritanimals.com.pl, zalogować się i stworzyć własną postać, a następnie odblokować dostęp do gry kodem, który jest zamieszczony w książce.

 To już wszystko na dziś, jeszcze raz zachęcam Was do przeczytania serii „Spirit Animals” i dziękuję za przeczytanie mojej recenzji. Do napisania!

A za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wilga! 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz