niedziela, 11 czerwca 2017

„Autofocus” Lauren Gibaldi

Hej ;) Dziś zapraszam Was na recenzję książki „Autofocus” Lauren Gibaldi. Bez przedłużania, zaczynamy!
 Maude jest nastolatką zafascynowaną fotografią. Uwielbia przechwytywać różne momenty z życia człowieka: chwile radości i szczęścia, smutku, melancholii i zwątpienia. Dziewczyna chodzi w szkole na zajęcia z fotografii, na których pewnego dnia dostaje za zadanie zrobienie zdjęcia z tematem przewodnim „Rodzina”. Mimo że zadanie wydaje się całkiem proste to przysparza Maude wielu problemów. Dziewczyna jest bowiem adoptowana i nigdy nie poznała swojej biologicznej matki, która umarła przy jej porodzie. Jej śmierć nie jest jednak powodem, dla którego Maude trafiła do adopcji. Clarie (to właśnie imię matki) jeszcze podczas ciąży zdecydowała się wyrzec córki.
 Nastolatka postanawia wyjechać do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Tallahassee w poszukiwaniu jakichś wskazówek dotyczących przeszłości Clarie tego jaka była, jak się uczyła. Przy okazji zamierza odwiedzić swoją wieloletnią przyjaciółkę Treenę, która studiuje w Tallahassee, a z którą od dłuższego czasu się nie widziała. Na miejscu czeka na nią parę rozczarowań związanych z Treeną: okazuje się, że dziewczyna bardzo zmieniła się od czasów licealnych, zaczęła chodzić na imprezy, upijać się do nieprzytomności i spotykać się z przystojnym, ale nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym Treyem. Na szczęście całą sytuację ratuje kolega Treya, niejaki Bennett, który charakterem diametralnie różni się od tego pierwszego. Jest opiekuńczy, odpowiedzialny, rozważny i sarkastyczny. Wkrótce Maude zaczyna więcej czasu spędzać z Bennettem niż z Treeną, co, jakby nie patrzeć, wychodzi jej na dobre. Razem z nim odkrywa fakty z przeszłości Clarie, które burzą wyidealizowany obraz matki...

 „Możemy być dalej samotnikami, tylko razem”

„Myślę, że od ciebie zależy, kim będziesz w życiu. Możesz być kimkolwiek tylko zechcesz”

„Łatwo jest się poddać, a trudno pozostać niepokonanym. Wielkość nie bierze się z poddania”

Ale się rozpisałam! Mam nadzieję, że to co napisałam zabrzmiało przynajmniej trochę interesująco, bo taka właśnie jest ta książka! Może nie należy do najbardziej intrygujących i tajemniczych powieści jakie kiedykolwiek powstały, ale jest warta przeczytania.
 zacznę od bohaterów, bo szczególnie jeden cały czas zaprząta moje myśli. Mówię tutaj oczywiście o Bennecie, który jest absolutnie cudowny! Przystojny, sarkastyczny, opiekuńczy... Aż można pozazdrościć Maude, że spotkała takiego chłopaka! Przechodząc już do głównej bohaterki, czyli wcześniej wspomnianej Maude, to muszę przyznać, że ją polubiłam. Nastolatka miała całkiem podobny charakter do mojego i w wielu sytuacjach zachowałabym się podobnie do niej. Co prawda, czasem nie rozumiałam jej zachowań i podejmowanych przez nią decyzji, ale jednak utożsamiłam się z nią. Jeżeli chodzi o Treenę i jej chłopaka, Treya, to nie znosiłam ich! Treena była uległa, nie miała własnego zdania, podążała za tłumem, a Trey bezwstydnie ją wykorzystywał. I chociaż uważam, że Lauren Gibaldi celowo wykreowała Treenę tak, żeby zestawić razem dwie zupełnie różne osobowości i pokazać, że mimo różnic w charakterach ludzie mogą bardzo się zaprzyjaźnić. W każdym razie, to nie zmienia faktu, że miałam ochotę potrząsnąć kumpelką Maude , aby przejrzała na oczy.
 Irytujące w tej książce były ciągle używane słowa takie jak super i fajnie. Mówię poważnie, one pojawiały się na każdej stronie! O ile przez jakiś czas nie zwracałam na to uwagi, o tyle po kilkunastu stronach ta tendencja stała się uciążliwa.
 Nie mogę ukryć, że w „Autofocusie” padło dużo mądrych słów, niektóre z nich mogliście wyżej przeczytać. Sama książka niesie ze sobą rzeczywiście ważne przesłanie, którego lepiej nie będę zdradzać.
 Moje myśli znów wracają do Bennetta, co nie jest dziwne. On jest taką doskonałą postacią!!! Bennett i Maude idelanie się dopełniali i ochhh, tak bardzo go uwielbiam!
 Napisałam chyba już o wszystkim, tylko nie o okładce. Czy ona Wam również tak bardzo się podoba? Moim zdaniem, jest bardzo fotogeniczna (o ile okładka taka może być) i mimo że nie jestem specjalistką od robienia zdjęć, to przyznaję, tę książkę fotografowałam z wyjątkową przyjemności!

 To już wszystko na dziś, mam nadzieję, że moja recenzja Wam się spodobała i przekonała Was do sięgnięcia po „Autofocusa”. Dziękuję Wam za przeczytanie tego tekstu i do napisania!

A za możliwość przeczytania tej książki bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Akapit Press!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz